Sybir- codzienność życia deportowanych (wywiad część II)

Przegląd Powiatowy: Gdzie mieszkaliście po przyjeździe na Syberię?
Włodzimierz Maj: Na samym początku mieszkaliśmy – ja, moi rodzice oraz dwaj bracia ojca z rodzinami w miejscowości Uczastok Tjubil. Zostaliśmy zakwaterowani w drewnianym baraku. W tym baraku było strasznie dużo ludzi. Pamiętam, że na cały barak był tylko jeden piec, na którym wszyscy ludzie gotowali jedzenie, suszyli ciuchy po pracy. Noc wyglądała w ten sposób, że przynosiło się siano, które ścieliło się na tą uklepaną ziemię i tak każdy z rodzinami spał.
Pamięta Pan czy rodzice kiedykolwiek myśleli o ucieczce?
Nie było raczej żadnej szansy na ucieczkę. Miejscowość od miejscowości była oddalona w granicach ok. 50 km. – czyli ok. jednego dnia drogi. Musi Pan również pamiętać, że byliśmy więzienni w obcym kraju. Poza tym od miejsca zamieszkania można się było oddalić maksymalnie 10 km. Niech Pan sobie wyobrazi, że za kradzież dwóch garści owsa było 15 lat więzienia, to co dopiero za nieudaną próbę ucieczki.
Czym się państwo zajmowali na Syberii?
Każdy musiał pracować – nawet ludzie, którzy byli w więzieniu – w ciągu dnia pracowali, a na noc wracali do swoich cel. Można było zostać aresztowanym pod byle pretekstem, np. moja mama również została aresztowana. Pracowaliśmy przy wyrębie tajgi. Była to niezmiernie ciężka praca w okropnych warunkach. Nikt z nas nawet nie miał odpowiedniego obuwia – były tylko kalosze, do których przyszywało się skórzane cholewki i te kalosze owijano jakimiś workami/przeciętymi szmatami, żeby było cieplej. Musi Pan wiedzieć, że drzewo cedrowe ma to do siebie, że jest niezwykle grube i wysokie. Aby je objąć potrzeba było co najmniej paru mężczyzn. Podczas karczowania lasu miałem wypadek. Uderzyłem siekierą o pniak, a ta siekiera odbiła się od drzewa i zostałem uderzony w nogę i złamałem obie kości – wtedy także mama została zwolniona z więzienia.
Dostawaliście jakieś wynagrodzenie za swoją pracę?
Niewielkie. Mam taki list od dziadka, w którym pisze, że dziennie można było maksymalnie zarobić 5 rubli, a wydać trzeba było na jedzenie 10 rubli. Żeby przetrwać trzeba było sprzedawać różne rzeczy, które człowiek miał z sobą. Na przykład pierzyna kosztowała w granicach 20 rubli, poduszka 8 rubli. Ci, którzy pracowali byli sobie w stanie kupić jakieś jedzenie, natomiast ci, którzy już nie mogli pracować to dostawali dziennie 250 gram chleba na osobę dorosłą. Z tym, że jak chleba dziś nie przywieźli, to już jutro przepadał.
To bardzo mało. Czym się państwo żywili oprócz chleba?
Jedzenia było naprawdę mało. Jedliśmy np. orzechy cedrowe, które wydobywaliśmy z szyszek ściętych drzew. Wie Pan jak wygląda taki orzech?
Nie mam pojęcia.
Jeden owoc tego drzewa cedrowego wygląda jak dwa ziarenka kawy. Te orzechy jedliśmy na surowo albo się je piekło na blacie kuchennym. Dopóki nie wybuchła wojna z Niemcami, rodzice mamy przysyłali paczki z żywnością. Część z nich była praktycznie zawsze rozkradana, np. przez listonosza. Często się jednak tak zdarzało, że po prostu głodowaliśmy. Jedzenie było dosyć drogie, np. jeden taki placuszek, racuch kosztował jednego rubla.
Czy współwięźniowie sobie nawzajem pomagali?
Jeżeli dostałby Pan 250 gram chleba, jako osoba dorosła, a dziecko nic – to, co by Pan zrobił? Zawsze jeden drugiemu pomagał. Zapasy żywnościowe zawsze były dzielone po równo pomiędzy wszystkich członków rodziny. Ludzie i tak umierali z głodu, wycieńczenia i chorób.
Czy ludzie chorowali z powodu niedożywienia, warunków mieszkaniowych?
Pamiętam epidemię tyfusu, która najprawdopodobniej była spowodowana nieświeżą zupą owsianą. Dziennie umierało po 5 osób. To ten cmentarz w Tjubilu, na którym zresztą jest pochowany mój dziadek, był ogromny.
Jak byliście Państwo traktowani przez strażników?
Okropnie, to byli enkawudziści… Nie uważali nas za ludzi. Bluźnierstwa były na porządku dziennym, zwracali się do nas bardzo pogardliwie, ordynarnie…
Czy w tamtym okresie docierały do Państwo jakiekolwiek informacje ze świata? W sensie, czy wiedzieli Państwo jak przebiega wojna?
Na początku w ogóle. Proszę pamiętać, że dzieliły nas od Europy tysiące kilometrów. Dopiero w późniejszym okresie, jak się cofała armia radziecka, docierały do nas strzępki informacji.
Czy byliście ciągle przetrzymywani w jednym obozie?
W Tjubilu mieszkaliśmy od 1940 r. do lata 1941 r. Później mieszkaliśmy w Czeremuszcze nad Jenisejem. Tam pracowaliśmy przy spławie drzewa na wiosnę. Z tamtego okresu pamiętam, że jak powstał zator na rzece to mężczyzni go likwidowali za pomocą bosaków – jak ktoś spadł do wody, to śmierć na miejscu. Mama wtedy codziennie chodziła po zupę 15 km. Mieszkaliśmy tam do lata 1942. Później mieszkaliśmy w kołchozie w miejscowości Wierch-Wierba. Kołchoz się nazywał „Szlak Lenina” Mama sprzątała w szkole i piekła chleb do tego kołchozu. Tata również pracował w tym kołchozie -jeździł końmi. Brat ojca był kowalem. Ja trochę chodziłem do szkoły, ale też musiałem pracować.
Byliśmy tam do 14 października 1943r. Następnie trafiliśmy do miejscowości Stancja Son. Musi Pan wiedzieć, że wszystkie zmiany miejscowości odbywały się pieszo, pod nadzorem enkawudzisty, który jechał na koniu.
W tym Stancja Son mieszkały z nami w jednym pomieszczeniu ja z mamą, Maria Cieplak z dwoma córkami – Janiną i Józefą, stryjenka z synem, który urodził się na Syberii. W tamtym okresie tata wraz z bratem zostali wcieleni do dywizji kościuszkowskiej. Ale na krótko, bo po kilku miesiącach zachorował i wrócił do nas.
Mama razem z 15-letnią Józefą pracowały w zakładach zbożowych – nosiły prawie 60 kg worki. Tato jak wrócił, to też tam pracował
Co się działo później? W którym roku zostaliście zwolnieni?
Nikt z nas przez cały czas nie wątpił, że wrócimy do Polski. W lutym 1946 r. dojechały do nas jeszcze 4 rodziny i mieszkały u nas, aż do samego wyjazdu do Polski. Pamiętam, jak opowiadaliśmy Rosjanom, jak żyło się w Polsce przed wybuchem wojny, to prosili żebyśmy ich zabrali razem z sobą. Z Syberii wyjechaliśmy na koniec marca 1946 r., a na koniec kwietnia tego samego roku dojechaliśmy do Polski. Ojciec otrzymał bilet do Ząbkowic Śląskich. To skierowanie zostało wydane w Gubinie.
Dlaczego akurat Ząbkowice Śląskie?
Ponieważ w Ząbkowicach Śląskich mieszkało już dwóch braci ojca.
Bardzo dobrze Pan wszystko pamięta pomimo upływu czasu. Dziękuje za rozmowę oraz poświęcony czas.
To tak naprawdę mała cząstka. Rodzice pamiętali najwięcej. Wtedy kiedy rodzice sobie opowiadali trzeba było wstawić magnetofon i to wszystko nagrać. Ale wtedy musiałby Pan tu tydzień przychodzić.

Autor: Salwador Pietruszka