Gówniana śmierć

Stalin, choć nie mieszkaniec naszego powiatu, będzie bohaterem naszego opowiadania. A właściwie, nie towarzysz Józef sensu stricto, ale jego pierworodny – Jakow Dżugaszwili. Ktoś o nim słyszał na Ziemi Ząbkowickiej? Ktoś go może zna? Tak czy inaczej. O ile wiemy więcej, niż byśmy sobie życzyli o gruzińskim dyktatorze, to niewiele wiemy o jego potomkach. A byłoby o czym pisać i czego słuchać. Wujek Joe, jak go pieszczotliwie nazywali amerykanie, nie próżnował i spłodził stosunkowo liczne potomstwo – Wasilij Stalin, Swietłana Alliłujewa, Artiom Siergiejew oraz główny bohater tego tekstu Jakow Dżugaszwili.

Od początku jego relacja z ojcem półbogiem była wyboiste oraz pełna zwrotów akcji. W 1938 roku, podobno na życzenie ojca, Jakow rozpoczął naukę w Akademii Artyleryjskiej im. F. Dzierżyńskiego, którą ukończył w 1940 roku w stopniu starszego lejtnanta (porucznika) (po skróconym toku nauki).

Po ataku Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 roku, cytując Wikipedię, Dżugaszwili zgłosił się do służby frontowej. Walczył na Białorusi jako dowódca baterii 14. pułku haubic kaliber 122 mm. Będąc w okrążeniu niemieckim, 16 lipca 1941 roku dostał się do niewoli niemieckiej pod Liozną, w okolicy Witebska.

Niemcy, rzecz jasna, myśleli sobie że mają niewyobrażalnego farta pojmując syna Stalina. Ale Stalin szybko udowodnił, że przekłada dobro ojczyzny nad dobro swojego syna. Rzekomo miał mawiać, że nie ma jeńców wojennych – są zdrajcy ojczyzny. A w 1943 r. kiedy Niemcy zaproponowali wymianę  Jakowa na wziętego do niewoli pod Stalingradem feldmarszałka Paulusa, Stalin miał powiedzieć, że nie widzi korzyści z wymiany „porucznika na marszałka”.

W 1943 r. Jakow rzuca się na ogrodzenie z drutów pod napięciem i ginie. Samobójstwo? A może morderstwo? Śledczy nie stwierdzają ingerencji osób trzecich. Podobno znaleźli się naoczni świadkowie, którzy widzieli całe zdarzenie. Coś tu jednak nie gra, no bo kto normalny decyduje się na taki krok? Ciekawą teorię śmierci Jakowa kreśli Milan Kundera w swojej powieści “Nieznośna Lekkość Bytu”. Pozwolę sobie zacytować Kunderę i zostawić ocenie czytelnika na ile kiszki mają coś wspólnego z metafizyką. Udanego poniedziałku!

Dopiero w 1980 roku mogliśmy dowiedzieć się z Sunday Timesa, jak umarł syn Stalina Jakow. W czasie II Wojny Światowej umieszczono go jako jeńca w niemieckim obozie razem z oficerami angielskimi. Mieli wspólną ubikację. Syn Stalina zostawiał ją zapaskudzoną. Anglicy nie mieli ochoty patrzeć na ubikację umazaną gównem, nawet jeśli było to gówno syna najpotężniejszego wówczas człowieka na świecie. Wytknęli mu to. Obraził się. Wytknęli mu to ponownie i zmusili go, żeby wyczyścił latrynę. Zdenerwował się, pokłócił z nimi, pobili się. Wreszcie zażądał widzenia z komendantem obozu. Chciał, żeby ich rozsądził, ale zadufany Niemiec odmówił rozmawiania o gównie. Syn Stalina nie potrafił znieść poniżenia. Miotając w niebo straszne rosyjskie przekleństwa, rzucił się pędem ku naelektryzowanym drutom, które otaczały obóz – Kundera pisze dalej – Jego, który niósł na swych barkach największy dramat, jaki sobie można wyobrazić (był zarazem synem Boga i strąconym aniołem), miano sądzić nie za rzeczy podniosłe (dotyczące Boga i aniołów), lecz za gówno? Od najwyższego dramatu do najniższego jest więc tak zawrotnie blisko? (…) Syn Stalina oddał życie za gówno. Ale śmierć za gówno nie jest śmiercią bez sensu. Niemcy, którzy oddawali życie, aby rozszerzyć terytorium swej Rzeszy na Wschód, Rosjanie, którzy umierali, aby władza ich ojczyzny sięgała dalej na zachód, tak, ci umierali za głupstwa, ich śmierć jest pozbawiona sensu i ogólniejszego znaczenia. Natomiast śmierć syna Stalina była wśród ogólnego kretynizmu wojny jedyną śmiercią metafizyczną”.

Autor: Salwador Pietruszka