Historia Mistrza Świata z Ząbkowic Śląskich
Marcin Polish Ninja Głowacki – ząbkowiczanin, mistrz świata w Stunt Ridingu. Opowieść o pasji, Simsonie i podboju amerykańskiej serii XDL.
W 2001 roku w Bielawie odbyły się zawody motocyklowe, które niewielu mieszkańców powiatu ząbkowickiego kojarzy z nazwą. Nie był to żużel ani popularne cross-country — była to dyscyplina, o której dolnośląska publiczność słyszała wtedy po raz pierwszy: Stunt Riding. Na trybunach siedział m.in. dwunastoletni chłopak z Ząbkowic Śląskich. Kilkanaście lat później jego nazwisko znali fani motocyklowych akrobacji na całym świecie.
Czym jest Stunt Riding?
Stunt Riding to dyscyplina sportowa polegająca na wykonywaniu precyzyjnych akrobacji na ciężkim motocyklu — zawodnicy jeżdżą na jednym kole (tzw. wheelie), na kierownicy, driftują, palą gumę i łączą wszystkie te figury w choreografowane sekwencje oceniane przez sędziów. Motocykl używany w zawodach waży niemal 200 kilogramów. Poziom trudności i ryzyko kontuzji sprawiają, że do dziś dyscyplina ta pozostaje stosunkowo niszowa, choć grono jej miłośników systematycznie rośnie zarówno w Polsce, jak i na Zachodzie.
W Polsce Stunt Riding zaczął pojawiać się na imprezach motoryzacyjnych na przełomie lat 90. i 2000. Pierwsza fala entuzjastów to byli głównie samoucy, którzy technikę jazdy poznawali z zagranicznych kaset VHS i nielicznych materiałów z internetu — broadband w polskich miastach powiatowych był wtedy rzadkością. Ząbkowice Śląskie, liczące niespełna 14 tysięcy mieszkańców miasto w południowej części Dolnego Śląska, nie były naturalnym centrum tego środowiska. Mimo to właśnie stąd pochodzi człowiek, który doszedł na jego szczyt.
Bielawa, rok 2001: ziarno sportowego niepokoju
Marcin Głowacki miał dwanaście lat, kiedy razem z rodzicami pojechał na zawody do Bielawy. Obejrzał pokaz Stunt Ridingu i — jak sam wspomina — poczuł coś trudnego do racjonalnego wytłumaczenia. „Oglądając ich zmagania poczułem »tó coś« w środku, że też tak potrafię, chociaż nie miałem o tym zielonego pojęcia” — mówił w jednym z wywiadów.
To wyznanie nie jest figurą retoryczną. Marcin nie miał wtedy motocykla, nie chodził na żaden klub sportowy, nie znał nikogo, kto uprawiałby tę dyscyplinę w regionie. Miał za to coś, czego nie da się wytrenować: intuicję, że właśnie znalazł swoją drogę.
Analogia do innych sportowców nasuwa się sama. Robert Lewandowski jako nastolatek słyszał od trenerów, że jest za chudy na zawodową piłkę. Ronaldinho doskonalił podania na boso w Porto Alegre. Głowacki zaczynał od pojazdu, który nawet największy entuzjasta miałby problem zakwalifikować jako sprzęt do akrobacji.
Simson S51 i pierwsze wheelie
Simson S51 to wschodnioeuropejska legenda — dwukołowy pojazd produkowany w NRD od 1975 roku, wyposażony w silnik o pojemności 49,8 cm³ i mocy około 3,6 KM. W Polsce lat 90. był wszechobecny: tanie, łatwe w naprawie i dostępne w każdym warsztacie. Dla dorastającego chłopaka z Ząbkowic był pierwszym kontaktem z motoryzacją na dwóch kółkach.
Na tej maszynie Marcin Głowacki postawił swoje pierwsze wheelie. „Pierwsze próby stawiania »na koło« były na Simsonie S51 w wieku 12 lat, nie był to idealny motocykl do tego typu wyczynów, jednak sprawiało mi to ogromną frajdę” — wspomina. Idealny do stuntu Simson nie był. Ale Marcin nie szukał ideału — szukał sposobu na wyrażenie tego, co poczuł podczas bielawskich zawodów.
W tej historii kryje się więcej niż anegdota o skromnych początkach. Stunt Riding wymaga bardzo precyzyjnej znajomości reakcji motocykla — nauki balansu, punktu równowagi, czucia przyczepności tylnego koła. Żaden profesjonalny trener nie zleci ćwiczenia wheelie na lekkim motorowerze jako metody szkoleniowej. Ale samodzielne eksperymentowanie na takim pojeździe uczy jednej rzeczy, której na ciężkim motocyklu nie da się tak łatwo opanować: absolutnej kontroli nad maszyną przy minimalnej mocy silnika. Marcin tę szkołę przeszedł bez wiedzy, że ją przechodzi.
2006: pierwsze zawody i czwarte miejsce, które zmieniło wszystko
W 2006 roku siedemnastoletni Głowacki przesiadł się na pierwszy profesjonalny motocykl. Zaczął trenować intensywniej — po kilka godzin dziennie, w każdych warunkach pogodowych. Dyscyplina wciąż pozostawała dla niego formą zabawy, pasją konsumującą coraz więcej czasu, ale bez konkretnych ambicji startowych.
Decydujący moment przyszedł na Street Fighter Festival w Bielawie — tych samych zawodach, gdzie pięć lat wcześniej jako widz poczuł sportowy niepokój. Tym razem Marcin stał na starcie jako zawodnik. Po dwóch latach intensywnych treningów zajął czwarte miejsce. „Był to moment, w którym uwierzyłem we własne siły” — mówi.
Czwarte miejsce w debiucie w zawodach, gdzie konkurencja miała nieraz dekadę doświadczenia więcej — to wynik, który w środowisku Stunt Ridingu robi wrażenie. Dla samego Marcina był jednak czymś głębszym: dowodem, że to nie była tylko zabawa. Że da się to robić poważnie.
Wkrótce po zawodach w Bielawie Głowacki otrzymał przydomek, pod którym znany jest dziś w całej Polsce i za granicą: „Polish Ninja”. Ksywka mówiła sama za siebie — precyzja, szybkość, nieprzewidywalność.
Droga na europejski i światowy szczyt
Kolejne lata to seria sukcesów, których pełna lista zajęłaby kilka stron. Głowacki zdobył mistrzostwo Europy i mistrzostwo świata w Stunt Ridingu. Opanował do perfekcji jazdę na kierownicy (handstand), burnout (palenie gumy przy zablokowanym przednim kole) oraz skomplikowane kombinacje figur łączonych w krótkich sekwencjach. W Polsce stał się twarzą dyscypliny — zapraszany na największe pokazy motoryzacyjne, cytowany w branżowych mediach, rozpoznawany przez społeczność stuntową całej Europy Środkowej.
Stunt Riding w Polsce przez długi czas funkcjonował poza głównym nurtem federacyjnym — zawodnicy organizowali się oddolnie, tworząc własne turnieje i punktacje. To środowisko pasjonatów, w dużej mierze samofinansujące swoje starty, wyprodukowało mimo wszystko kilku zawodników zdolnych do rywalizacji z najlepszymi na świecie. Głowacki był wśród nich najskuteczniejszy.
XDL Street Bike Freestyle Championship: marzenie, które przerosło oczekiwania
Największym celem w karierze Marcina Głowackiego były zawody XDL Street Bike Freestyle Championship — elitarna amerykańska seria rozgrywana w największych arenach sportowych USA, uważana za najbardziej prestiżowe zawody Stunt Ridingu na świecie. XDL przyciąga zawodników z kilkudziesięciu krajów, a poziom rywalizacji jest znacznie wyższy niż na typowych turniejach europejskich.
Dla zawodnika z polskiego miasta powiatowego samo zakwalifikowanie się do startu byłoby sukcesem. Głowacki pojechał tam z nadzieją na przyzwoity wynik — i wrócił jako jeden z tych, którzy zdominowali historię tej serii.
W ramach XDL Street Bike Freestyle Championship rozgrywane są cztery odrębne turnieje w sezonie. Marcin Głowacki wygrał trzy z czterech i raz zajął drugie miejsce. W 2017 roku skomentował to: „Wciąż nie mogę w to uwierzyć, spełniło się moje marzenie, na które pracowałem 10 lat! Ciężko pracowałem, aby tu być. Zawsze chciałem wziąć udział w konkursie XDL, ale nigdy nie spodziewałem się, że mogę wygrać! Jestem bardzo szczęśliwy.”
Wynik jest tym bardziej imponujący, że w XDL startują zawodnicy, dla których udział w serii to praca — z pełnym zapleczem sponsorskim, mechanikami i dostępem do torów treningowych przez cały rok. Głowacki doszedł do tego poziomu z zupełnie innego punktu startowego.
Co mówi o sobie Polish Ninja
Marcin Głowacki nie buduje wokół siebie mitu. W wywiadach mówi wprost o tym, co kosztuje go uprawianie tej dyscypliny — nie tylko finansowo, ale i psychicznie. Wymienia kolejno: „znalezienie dobrego miejsca do treningu, pieniądze, kontuzje, awarie motocykla oraz wiele wyrzeczeń”. I zaraz dodaje, że na tym właśnie polega cała istota sportu wyczynowego.
Cytuje przy tym łacińską maksymę: Amat victoria curam — zwycięstwo sprzyja wysiłkowi. Dla kogoś, kto zaczynał od motoroweru bez żadnego zaplecza treningowego i dziś jest jednym z najlepszych zawodników świata w swojej dyscyplinie, to nie jest frazes. To opis własnej drogi.
Ci, którzy znają Marcina z ząbkowickiego środowiska, podkreślają, że sukces nie zmienił go jako człowieka. Mimo tytułów mistrza Europy i mistrza świata, mimo triumfów w USA, pozostał tym samym gościem, który kilkanaście lat temu jeździł po okolicach Ząbkowic na starym Simsonie i szukał miejsca do trenowania wheelie.
Ząbkowice Śląskie i sportowe talenty z powiatu
Historia Marcina Głowackiego wpisuje się w szerszy obraz powiatu ząbkowickiego jako miejsca, z którego wychodzą ludzie zdolni do osiągania rzeczy nieoczywistych. To nie jest wielkie miasto z rozbudowaną infrastrukturą sportową — to powiat ze szkołami, lokalnymi klubami i pasjonującymi się swoim hobby mieszkańcami, czasem bez żadnego instytucjonalnego wsparcia.
Stunt Riding nie jest dyscypliną olimpijską, nie ma w Polsce dedykowanych torów treningowych, a krajowe federacje przez lata traktowały ją marginalnie. Głowacki rozwijał swoje umiejętności głównie siłą własnej determinacji — i to właśnie sprawia, że jego historia jest w pewnym sensie bardziej reprezentatywna dla polskiego sportu amatorskiego niż kariery zawodowców ze zorganizowanym zapleczem.
Jeśli ktoś z Ząbkowic Śląskich lub okolic chciałby dziś zacząć przygodę ze stunt ridingiem, pierwszym krokiem nie jest zakup profesjonalnego motocykla. Pierwszym krokiem jest — tak jak u Marcina — zobaczenie zawodów na żywo i sprawdzenie, czy poczuje się to nieuchwytne „coś”.
Tekst powstał na podstawie wywiadu z Marcinem Głowackim autorstwa Salwadora Pietruszki (2019).
