Historia mistrza świata z Ząbkowic Śląskich
Marcin „Polish Ninja” Głowacki z Ząbkowic Śląskich to wielokrotny mistrz świata w stuntridingu. Opowieść o drodze od Simsona S51 po światowe podia.

Jest rok 2001. W pobliskiej Bielawie odbywają się zawody motocyklowe, ale nie zwykłe. To nie znany polskiej publiczności żużel ani wyścigi crossowe, lecz stunt riding - dyscyplina polegająca na wykonywaniu akrobacji na blisko dwustukilogramowym motocyklu. Wśród licznie zgromadzonych gapiów stoi dwunastoletni ząbkowiczanin. Ogląda zawody po raz pierwszy w życiu i, jak sam później wspominał, czuje „to coś" w środku, przeczucie, że też tak potrafi. Nazywa się Marcin Głowacki. Dwadzieścia lat później świat zna go jako Polish Ninja, wielokrotnego mistrza świata w stuntridingu.
Od Simsona do pierwszego profesjonalnego motocykla
Sukcesy wielkich sportowców bywają owiane legendą. O Ronaldinho mówi się, że jako biedne dziecko z przedmieść Porto Alegre kopał piłkę na bosaka. Robert Lewandowski usłyszał w dzieciństwie od trenerów, że jest za chudy na zawodowego piłkarza. Źródeł sukcesu ząbkowickiego mistrza trzeba szukać w Simsonie S51 - niespełna czterokonnej maszynie o pojemności 49,8 cm3. To na niej dwunastoletni Marcin stawiał pierwsze próby jazdy „na kole".
„Pierwsze próby stawiania na koło były na Simsonie S51 w wieku dwunastu lat. Nie był to idealny motocykl do tego typu wyczynów, jednak sprawiało mi to ogromną frajdę" - wspominał po latach. Stunt riding to dyscyplina droga. Potrzebny jest profesjonalny motocykl, kask i miejsce do treningów. Dla nastolatka dorastającego w Ząbkowicach Śląskich na przełomie lat 90. i dwutysięcznych zdobycie tego wszystkiego graniczyło z cudem. Na początek musiał wystarczyć Simson.
Przełom w Bielawie i lata ciężkich treningów
W 2006 roku, mając siedemnaście lat, Marcin przesiadł się na pierwszy profesjonalny motocykl. Zaczął się okres wzmożonych treningów, nieraz po kilka godzin dziennie. Przez pewien czas traktował stunt jako dobrą zabawę, która pochłaniała jednak coraz więcej wolnego czasu. Zmiana podejścia przyszła podczas zawodów Street Fighter Festival w Bielawie.
„Głównym przełomem był rezultat na pierwszych zawodach Street Fighter Festival w Bielawie, gdzie po dwóch latach treningów zająłem czwarte miejsce. Był to moment, w którym uwierzyłem we własne siły" - opowiadał. Do perfekcji opanował jazdę na kierownicy, na jednym kole i tak zwane palenie gumy. Wtedy przylgnął do niego pseudonim Polish Ninja, nawiązujący do precyzji, finezji i brawury jego przejazdów.
Mistrz świata z Ząbkowic
Z czasem chłopak, który jako dziecko oglądał zawody w Bielawie, sam zaczął wygrywać najważniejsze imprezy w kalendarzu światowego stuntridingu. Na koncie ma między innymi zwycięstwo w amerykańskiej serii XDL Championship Series w 2017 roku, triumfy w Stunt Grand Prix Extreme Sports Motorcycling Federation w latach 2014, 2015 i 2016, wygrane na francuskim Ouest Bike Show oraz na Czech Stunt Day w 2019 roku. Kolejne tytuły mistrza świata ugruntowały jego pozycję jednego z najlepszych zawodników na planecie.
Sam Głowacki pytany o receptę na sukces podkreśla, że kluczem jest jazda dla siebie, a nie na pokaz. Trzeba lubić to, co się robi, przygotować się fizycznie i mentalnie oraz jeździć z pasją. To podejście widać w jego pokazach, na które zapraszany jest na imprezy i festyny w całej Polsce.
Duma powiatu ząbkowickiego
Historia Marcina Głowackiego to opowieść o tym, jak z małego motoroweru i pasji dwunastolatka może wyrosnąć światowa kariera. Dla mieszkańców powiatu ząbkowickiego Polish Ninja pozostaje jednym z tych nazwisk, które przypominają, że wielkie rzeczy zaczynają się czasem w niepozornym miejscu - na parkingu, na starym Simsonie, w głowie dzieciaka, który uwierzył, że też tak potrafi.



